poniedziałek, 17 października 2016

Czytać czy nie czytać...

Już połowa października... To zapewne oznacza, że znowu nie zdążę przeczytać tych zaplanowanych 52 książek rocznie. Nie wiem jak inni to robią. Czy mają więcej czasu? Albo sprawniejsze mózgi? Może jeszcze gorszy gust literacki, więc czytają byle co? A może po prostu są lepiej zorganizowani lub bardziej zmotywowani...

Ja natomiast w czasie ostatnich kilku miesięcy mój kontakt z książkami ograniczyłam do ich ... nabywania. 
Nieco wcześniej udało mi się bowiem nabyć dwa regały, co z kolei pomogło mi zrozumieć, jak bardzo mało książek posiadam. 

Choć koty uwielbiają wspinać się po połowicznie pustych półkach, ja postanowiłam je trochę zapełnić, i to nie wydając zbyt dużo pieniędzy. Dzięki różnym portalom sprzedażowym zostałam ostatnio właścicielką kilkunastu książek z drugiej ręki, wszystkie w świetnym stanie i jeszcze lepszej cenie.

A teraz biorę się za czytanie! 

piątek, 8 lipca 2016

Mam na imię Lucy (14/52)


Jako dziecko kochałam czytanie książek. Bardziej niż cokolwiek innego w życiu. Ta pasja trwała dość długo, bo od serii "Poczytaj mi mamo" do czasów studiów. Wtedy moimi lekturami stały się wyłącznie lektury związane ze studiami i tak jakoś powoli pasja czytania we mnie zgasła.

Odżyła na nowo jakiś czas temu dzięki amerykańskiej autorce pani Elizabeth Strout. Przypadkiem trafiłam na jej książkę "Okruchy codzienności" (w późniejszych wydaniach przetłumaczone jako bliższe oryginałowi "Olive Kitteridge"). Ta spokojna i piękna powieść wstrząsnęła mną i sprawiła że znowu zaczęłam czytać. Choć z wyboru lektur nie do końca jestem dumna ;)

Najnowsza na polskim rynku wydawniczym powieść pani Strout "Mam na imię Lucy" niespodziewanie znalazła się w moich rękach - to jeden z najbardziej zdumiewających prezentów urodzinowych jakie otrzymałam w tym roku, a może i w całym dorosłym życiu. Nawet nie byłam świadoma, że cokolwiek poza "Olive..." w ogóle pojawiło się u nas! Podziękowania dla Ani, która podarowała mi tę powieść :)

Powieść tak prostą, że aż piękną. Krótką, nie przegadaną, zwyczajną, zaskakującą. O zwyczajnych ludziach, banalnych sytuacjach, nie do końca szczęśliwych dzieciństwach, rozczarowaniach i miłościach, i całej serii innych kompletnie niczym nie wyróżniających przeciętnych zdarzeniach, którym nigdy pewnie nie nadalibyśmy miana fabuły powieści. Bo powieść powinna być wspaniała, rozbudowana, zachwycająca, a nasze życie jest ... no właśnie inne. Z takich niczym nie wyróżniających się puzzli autorka tworzy obraz relacji, pociągający prostotą i zbieżnością z losami naszymi, naszych bliskich. Wszystko napisane lekko i bezpretensjonalnie. I tak zwyczajnie, jak zwyczajne mogą być losy zwykłych ludzi. Takich  jak my, jak ja, jak ty.

Powieść krótka, trochę lakoniczna. Pewnie nie będzie to moja ulubiona książka pani Strout - za bardzo zachwyciła mnie poprzednia - ale przeczytałam z przyjemnością. 


Ja nie mogę być modelką? (13/52)


Trochę się zastanawiałam czy tę książkę tu umieszczać. Co tu ukrywać, nie wszystkie przeczytane lektury zamieściłam na tym blogu. Nie doliczyłam sobie do listy przeczytanych książek kilku naprawdę wątpliwych pozycji, jak choćby słynnych "50 twarzy Gray'a", a przecież zdanie na temat tejże pozycji wyrobiłam sobie samodzielnie. Choć muszę niestety stwierdzić, że nie była to najbardziej kiepska z lektur, jakie trafiły do moich rąk... 


W potyczce ambicji ze świadomością fatalnej statystki mojego tegorocznego czytelnictwa zwycięstwo odniosła chęć poprawienia tychże wyników. Tym sposobem pozycja autorstwa pani Doroty Wellman pod dość intrygującym tytułem "Ja nie mogę być modelką?!" została doliczona do listy przeczytanych w tym roku książek.
Gwoli ścisłości należy dodać, że książka została raczej pooglądana niż przeczytana (a to z powodu przewagi zdjęć nad literkami). Jako osoba która gabarytami chwilowo znacznie odbiega od aktualnych norm, miałam sporo radości oglądając przeróżne stylizacje pani Wellman, tak samo jak ja mijającej się z tymi wyznacznikami urody. Mimo to udało jej się zaprezentować w ciekawych, ładnych i kobiecych strojach, które rzeczywiście były dla mnie inspiracją do zadbania o swój wygląd.  Jak to kiedyś stwierdziła chyba pani Danuta Rinn, ubrać się kobieco jak się waży 50 kg to żadna sztuka. Pani Wellman i jej stylistki pokazują na kartach tego poradnika, że jest to możliwe także wtedy, gdy się waży trochę więcej. 
Krótkie rozdziały z pięknymi zdjęciami zostały okraszone kilkunastozdaniowymi komentarzami dotyczącymi autorki, jej różnych doświadczeń zawodowych i życiowych. Nie jestem jej fanką (choć pobiciem gościa katujacego psa pani Wellman mi zaimponowała), wiele z komentarzy naprawdę średnio mi się podobało, jednak czytając te dość chropawe teksty doceniłam fakt, że prawdopodobnie sama je napisała. Tak więc mimo wszystkiego co w poglądach autorki mnie drażni z przyjemnością będę ten poradnik wspominać. I chyba nawet polecać :)


wtorek, 5 lipca 2016

Podejrzany (12/52)

Zaczęło się standardowo. Książka Lee Childa "Podejrzany" po prostu leżała wśród stosu pozycji dopiero co zwróconych do biblioteki przez innych czytelników. Moje własne czytelnicze lenistwo momentami doprowadza mnie do rozpaczy... 

Powieść była pewnym zaskoczeniem - nie takiego bohatera i nie takiej konstrukcji fabuły się spodziewałam. Zaskoczyło mnie również to, że tej książki wcale się tak szybko nie czytało. Autor pisze niezwykle treściwie, by nie powiedzieć - "gęsto". To nie są linijki które można przebiec wzrokiem w pół sekundy bez straty dla zrozumienia tekstu, tak jak to jest w przypadku pozostałych powieści tego gatunku, jakie do tej pory trafiły w moje ręce. Doceniam to, widać tu wysiłek autora, konieczny jest też pewien wysiłek po stronie czytelnika. Najbardziej zaskakujące było dla mnie jednak to, że odgadłam zagadkę kryminalną zanim autor do jej rozwikłania doprowadził. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, czytam raczej pośpiesznie, często mimowolnie pomijając szczegóły. A tu taka niespodzianka a właściwie - brak niespodzianki. Być może jednak była to pochodna stylu autora, który wymuszał niejako wolniejszą i dokładną lekturę. Ciekawe doświadczenie. Ale po kolejny tom przygód niesamowitego Jacka Reachera już raczej nie sięgnę. 



niedziela, 29 maja 2016

Dom nad rozlewiskiem (11/52)

Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, bo ...zaciekawił mnie serial. Nie, nie oglądałam ani jednego odcinka, ale za to kilkakrotnie zdarzyło mi się spotkać ekipę filmową w jednym z hoteli na Mazurach, gdzie często bywałam wtedy w delegacjach.
Wcześniej wyobrażałam sobie, że świat filmowców to przede wszystkim świat niezorganizowanej i wiecznie imprezującej bohemy. No cóż. Kiedy ledwo żywa zwlekałam się o 7:20 rano do hotelowej restauracji, aktorzy kończyli już śniadanie, a zapracowani oświetleniowcy energicznie krzątali się wokół hotelu... Byłam nimi autentycznie zafascynowana.

Książkę więc nabyłam przy pierwszej okazji, odłożyłam na stosik do przeczytania ... i dopiero teraz w czasie przeprowadzki po nią sięgnęłam. Głównie dlatego, że była jedyną nie przeczytaną książką, którą udało mi się wydobyć z pudeł w pierwszym dniu po przeprowadzce. Rozpakowywanie pudeł to jednak był kilkudniowy proces, a po upływie tych kilku dni byłam już po lekturze.

Narratorką i główną bohaterką jest Małgorzata, kobieta w średnim wieku, która nieoczekiwanie traci ukochaną pracę w agencji reklamowej. Po nieudanych próbach znalezienia nowej takiej samej pracy, za namową teściowej Małgorzata postanawia dać sobie czas na uporządkowanie własnego życia. Zaczyna od odnowienia kontaktu z matką, która zostawiła ją i ojca we wczesnym dzieciństwie bohaterki. Tym oto sposobem specjalistka od public relations, przyzwyczajona do szybkiego tempa życia w stolicy, wyjeżdża do małej mazurskiej wioski, gdzie nie tylko odbudowuje relacje z matką, ale też znajduje swoje miejsce i nową aktywność zawodową.
Właściwie jedyne co mi się podobało w tej książce, to lokalizacja akcji, opisy krajobrazów i prostego życia na wsi. Kilka retrospektywnych historii "z życia krewnych czy sąsiadów" zapadło w pamięć - ładne, ujmujące, obrazki z dawnego świata. "Ginący świat" jak podsumowuje to sama autorka. Niewykluczone też, że wypróbuję któryś z zawartych w książce przepisów. No i ... zachciało mi się narobić mnóstwo przetworów na zimę!

Poza tym jednak lektura była rozczarowująca. Nie znam historii powstania, nie zdziwiłabym się gdyby to były rzeczywiste wspomnienia autorki, osobno napisane fragmenty zlepione potem w całość - co wyjaśniałoby brak jakiejś sensownie skonstruowanej fabuły, nieustanne skoki z czasu teraźniejszego do przeszłego dające poczucie ogólnego zamętu. Nie wspominając o błędach gramatycznych czy stylistycznych. Zazwyczaj czytam szybko i nie przywiązuję wagi do takich szczegółów, to pierwsza powieść gdzie aż zerknęłam na okładkę - czy była tu w ogóle jakaś korekta?
Nie przekonują mnie też postaci ani ich wybory. No, może poza postacią Janusza, która została ciekawie rozwinięta. Poza tym - banał, chaos. I te wiedźmy, odczyniania oraz drażniące mądrości życiowe wypowiedziane ustami niektórych bohaterów... Nie rozumiem sukcesu tej powieści. A może to był tylko sukces ekranizacji?

niedziela, 8 maja 2016

Scenariusz mordercy (10/52)

Ostatnio wpadłam na moment do miejscowej biblioteki, żeby oddać przeczytane książki. Wychodząc zgarnęłam kilka nowych, zgodnie z moim najczęstszym kryterium wyboru - to co akurat leży na stoliku pani bibliotekarki. 
Nie zaczęłam lektury od najbardziej ambitnej pozycji. Tytuł "Scenariusz mordercy" wskazuje, że znowu wybrałam intelektualne lenistwo, a jeśli dodać do tego, że książka jest w ramach serii NYPD RED - to wszystko jest jasne: dynamiczna opowieść o policjantach i złodziejach...


Jestem pewna, że ekranizacja bardzo by mi się podobała. Byłam wierną fanką serialu o pracy nowojorskiej policji "Nowojorscy gliniarze" (w oryginale "NYPD Blue") i moim zdaniem żaden z późniejszych seriali - bardziej modnych, bardziej rozreklamowanych, bardziej efektownych - nie dorównał tej produkcji.
Z przyjemnością więc przeniosłam się na kilka godzin na ulice NY, aby śledzić losy bohaterów z elitarnego wydziału policji nazywanego RED - z jednej strony, a z drugiej - mordercy realizującego szalony plan zabijania ludzi show-biznesu. Mimo lekkiego gatunku autorzy przygotowali zgrabną fabułę, a pomysł na scenariusz który morderca realizuje krok po kroku był naprawdę zaskakujący, podobnie zresztą jak sama postać.
Oczywiście, policjanci byli dzielni i poradzili sobie nawet w takich sytuacjach, które były dla nich nowym doświadczeniem, świat show-biznesu został uratowany, ordery wręczone, zdjęcia bohaterów opublikowane na pierwszych stronach gazet.

Pewnie nie będę sięgać po kolejne pozycje z tej serii, ale za to ten stary serial - oj, obejrzałabym jeszcze raz...

środa, 4 maja 2016

M jak merde! (9/52)


Merde! Tak mogłabym podsumować pierwszych kilkadziesiąt stron przegryzania się przez tę lekturę... Potem intryga wciągnęła mnie już na tyle, że dość szybko książkę doczytałam do samego końca. Gdzieś po drodze zaczęłam się zastanawiać, czy to co mnie w niej tak drażniło, nie było czasem zręczną grą autora, który po prostu dobrze się bawił pisząc swoją bodajże czwartą książkę z serii przygód Anglika mieszkającego we Francji.
Trochę czasu spędziłam we Francji, jeszcze więcej spędziłam pracując z przedstawicielami tego kraju, tak więc niektóre komentarze o francuskiej rzeczywistości, jak również zgryźliwy momentami język autora rzeczywiście mnie bawiły. Nużące były jednak nieustanne nawiązania do bogatego życia seksualnego narratora oraz Francuzów w ogóle. Nużące było czytanie opisów zachwytu nad urokami ciała spotykanych przez narratora pań, ale prawdziwie "wymiękłam" przy opisie wspaniałych pośladków komandosa, które podziwiał główny bohater śledząc owego żołnierza ... Drażniły mnie też dyskretne lub ostentacyjne nawiązania do motywów znanych z filmów o agencie 007. O ile "M" jako imię dziewczyny głównego bohatera jeszcze nie naprowadziło mnie na ten trop, o tyle późniejsza mocno naciągana pseudo-szpiegowska intryga, kolejna seksowna bohaterka wynurzająca się z wody niczym Ursula Anders już nie pozwoliły na żadne złudzenia co do inspiracji autora.
Czy odradzam? Kluczem jest chyba jednak to, czego czytelnik szuka w takiej lekturze. Jeśli naprawdę szybkiej i niewymagającej lektury - to nie wykluczam, że może być całkiem zadowolony po przeczytaniu "M jak merde!". 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...