Od długiego już czasu ciekawiło mnie nazwisko pani Nurowskiej. Wiele razy o jej książkach słyszałam i to raczej pozytywne opinie, ale jakoś nigdy żadna nie trafiła w moje ręce. Tak więc gdy jakiś czas temu na marketowej wyprzedaży znalazłam "Sprawę Niny S.", kupiłam i przeczytałam natychmiast, by nadrobić braki i wyrobić sobie własne zdanie.

"Sprawa Niny S." to historia zabójstwa i policjanta, który próbuje je wyjaśnić. Czy zabiła tytułowa Nina? Dlaczego miałaby to zrobić? W miarę jak poznajemy jej skomplikowaną historię życia, zaczynamy rozumieć coraz więcej. Tak jak i komisarz, który ostatecznie tę sprawę musi rozwiązać i doprowadzić do końca. I zrobi to, w dość niecodzienny zresztą sposób.
Nie jest to jakaś wybitna powieść, nie jest też zbyt długa, to drugie osobiście uważam za jej atut - wolę krótsze i bardziej konkretne fabuły od rozwlekłych tomiszczy, których autorzy chyba sądzili, że będą mieć stawkę płaconą od ilości napisanych stron. Pani Nurowska unika tej dziwnej ale wciąż panującej wśród autorów kryminałów mody. Na pewno widać też zupełnie inny warsztat pisarski. Często zdarza mi się czytać debiutanckie powieści. Gdy bezpośrednio po takiej lekturze sięgnęłam po książkę pani Nurkowskiej - to było więcej niż różnica. To była przepaść. Talent, doświadczenie? Pewnie jedno i drugie.
Co mnie jednak zupełnie nie przekonało, to postać i wybory życiowe głównego bohatera, prowadzącego śledztwo w sprawie tytułowej Niny. Mimo to całą powieść oceniałam pozytywnie.10/52 (2018)
***
Sprawa Marii N.
Dlaczego więc nie sięgnę nigdy więcej po powieść tej autorki? Z powodów prywatnych. Niesamowicie irytują mnie artyści, którzy uznali, że znają się nie tylko na tym, w czym są dobrzy, ale na wszystkim. I że mają rację. Tę jedyną rację. Najsłuszniejszą. I natychmiast muszą ją głosić wszędzie z zacięciem samozwańczych proroków. Bez względu na to, jak szkodliwe i wywrotowe byłyby te pomysły dla naszego kraju. Mam tego naprawdę dość.
Bardzo mi żal, że - na przykład - nigdy więcej nie zobaczę na scenie pani Krystyny Jandy, choć marzyłam by choć jeszcze raz obejrzeć jej fenomenalną Shirely Valentine. Ale po wszystkich jej ostatnich wypowiedziach publicznych, zapoczątkowanych żenującym spektaklem pt "olaboga, nie dali mi dotacji na mój prywatny teatr!", ów teatr już na mnie ani złotówki nie zarobi. Choć bardzo lubiłam tam chodzić.
Bez żalu natomiast rezygnuję z kupowania i czytania powieści pani Nurowskiej, po tym jak - tuż po lekturze "Sprawy Niny S." - miałam wątpliwą przyjemność przeczytać kilka nieco histerycznych wpisów na fejsbuku. Ostatnie zaś wypowiedzi, o laleczkach voodoo i wojskowych, których autorka wzywa do rebelii, są dla mnie przekroczeniem wszelkich granic. Czy naprawdę ktokolwiek o zdrowych zmysłach życzyłby sobie i rodakom puczu, ze wszystkimi tego konsekwencjami? Serio???
Nie sądzę, aby którykolwiek z artystów cierpiących na syndrom obrońcy demokracji i kontestujących jednocześnie wynik demokratycznych wyborów odczuł kiedykolwiek, że nie zarobił na mnie ani gorsza. Pewnie nie, jestem tylko pojedynczym odbiorcą kultury. Ale ja się czuję bardzo dobrze z myślą, że ich nie wspieram.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz