piątek, 8 lipca 2016

Ja nie mogę być modelką? (13/52)


Trochę się zastanawiałam czy tę książkę tu umieszczać. Co tu ukrywać, nie wszystkie przeczytane lektury zamieściłam na tym blogu. Nie doliczyłam sobie do listy przeczytanych książek kilku naprawdę wątpliwych pozycji, jak choćby słynnych "50 twarzy Gray'a", a przecież zdanie na temat tejże pozycji wyrobiłam sobie samodzielnie. Choć muszę niestety stwierdzić, że nie była to najbardziej kiepska z lektur, jakie trafiły do moich rąk... 


W potyczce ambicji ze świadomością fatalnej statystki mojego tegorocznego czytelnictwa zwycięstwo odniosła chęć poprawienia tychże wyników. Tym sposobem pozycja autorstwa pani Doroty Wellman pod dość intrygującym tytułem "Ja nie mogę być modelką?!" została doliczona do listy przeczytanych w tym roku książek.
Gwoli ścisłości należy dodać, że książka została raczej pooglądana niż przeczytana (a to z powodu przewagi zdjęć nad literkami). Jako osoba która gabarytami chwilowo znacznie odbiega od aktualnych norm, miałam sporo radości oglądając przeróżne stylizacje pani Wellman, tak samo jak ja mijającej się z tymi wyznacznikami urody. Mimo to udało jej się zaprezentować w ciekawych, ładnych i kobiecych strojach, które rzeczywiście były dla mnie inspiracją do zadbania o swój wygląd.  Jak to kiedyś stwierdziła chyba pani Danuta Rinn, ubrać się kobieco jak się waży 50 kg to żadna sztuka. Pani Wellman i jej stylistki pokazują na kartach tego poradnika, że jest to możliwe także wtedy, gdy się waży trochę więcej. 
Krótkie rozdziały z pięknymi zdjęciami zostały okraszone kilkunastozdaniowymi komentarzami dotyczącymi autorki, jej różnych doświadczeń zawodowych i życiowych. Nie jestem jej fanką (choć pobiciem gościa katujacego psa pani Wellman mi zaimponowała), wiele z komentarzy naprawdę średnio mi się podobało, jednak czytając te dość chropawe teksty doceniłam fakt, że prawdopodobnie sama je napisała. Tak więc mimo wszystkiego co w poglądach autorki mnie drażni z przyjemnością będę ten poradnik wspominać. I chyba nawet polecać :)


wtorek, 5 lipca 2016

Podejrzany (12/52)

Zaczęło się standardowo. Książka Lee Childa "Podejrzany" po prostu leżała wśród stosu pozycji dopiero co zwróconych do biblioteki przez innych czytelników. Moje własne czytelnicze lenistwo momentami doprowadza mnie do rozpaczy... 

Powieść była pewnym zaskoczeniem - nie takiego bohatera i nie takiej konstrukcji fabuły się spodziewałam. Zaskoczyło mnie również to, że tej książki wcale się tak szybko nie czytało. Autor pisze niezwykle treściwie, by nie powiedzieć - "gęsto". To nie są linijki które można przebiec wzrokiem w pół sekundy bez straty dla zrozumienia tekstu, tak jak to jest w przypadku pozostałych powieści tego gatunku, jakie do tej pory trafiły w moje ręce. Doceniam to, widać tu wysiłek autora, konieczny jest też pewien wysiłek po stronie czytelnika. Najbardziej zaskakujące było dla mnie jednak to, że odgadłam zagadkę kryminalną zanim autor do jej rozwikłania doprowadził. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, czytam raczej pośpiesznie, często mimowolnie pomijając szczegóły. A tu taka niespodzianka a właściwie - brak niespodzianki. Być może jednak była to pochodna stylu autora, który wymuszał niejako wolniejszą i dokładną lekturę. Ciekawe doświadczenie. Ale po kolejny tom przygód niesamowitego Jacka Reachera już raczej nie sięgnę. 



niedziela, 29 maja 2016

Dom nad rozlewiskiem (11/52)

Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, bo ...zaciekawił mnie serial. Nie, nie oglądałam ani jednego odcinka, ale za to kilkakrotnie zdarzyło mi się spotkać ekipę filmową w jednym z hoteli na Mazurach, gdzie często bywałam wtedy w delegacjach.
Wcześniej wyobrażałam sobie, że świat filmowców to przede wszystkim świat niezorganizowanej i wiecznie imprezującej bohemy. No cóż. Kiedy ledwo żywa zwlekałam się o 7:20 rano do hotelowej restauracji, aktorzy kończyli już śniadanie, a zapracowani oświetleniowcy energicznie krzątali się wokół hotelu... Byłam nimi autentycznie zafascynowana.

Książkę więc nabyłam przy pierwszej okazji, odłożyłam na stosik do przeczytania ... i dopiero teraz w czasie przeprowadzki po nią sięgnęłam. Głównie dlatego, że była jedyną nie przeczytaną książką, którą udało mi się wydobyć z pudeł w pierwszym dniu po przeprowadzce. Rozpakowywanie pudeł to jednak był kilkudniowy proces, a po upływie tych kilku dni byłam już po lekturze.

Narratorką i główną bohaterką jest Małgorzata, kobieta w średnim wieku, która nieoczekiwanie traci ukochaną pracę w agencji reklamowej. Po nieudanych próbach znalezienia nowej takiej samej pracy, za namową teściowej Małgorzata postanawia dać sobie czas na uporządkowanie własnego życia. Zaczyna od odnowienia kontaktu z matką, która zostawiła ją i ojca we wczesnym dzieciństwie bohaterki. Tym oto sposobem specjalistka od public relations, przyzwyczajona do szybkiego tempa życia w stolicy, wyjeżdża do małej mazurskiej wioski, gdzie nie tylko odbudowuje relacje z matką, ale też znajduje swoje miejsce i nową aktywność zawodową.
Właściwie jedyne co mi się podobało w tej książce, to lokalizacja akcji, opisy krajobrazów i prostego życia na wsi. Kilka retrospektywnych historii "z życia krewnych czy sąsiadów" zapadło w pamięć - ładne, ujmujące, obrazki z dawnego świata. "Ginący świat" jak podsumowuje to sama autorka. Niewykluczone też, że wypróbuję któryś z zawartych w książce przepisów. No i ... zachciało mi się narobić mnóstwo przetworów na zimę!

Poza tym jednak lektura była rozczarowująca. Nie znam historii powstania, nie zdziwiłabym się gdyby to były rzeczywiste wspomnienia autorki, osobno napisane fragmenty zlepione potem w całość - co wyjaśniałoby brak jakiejś sensownie skonstruowanej fabuły, nieustanne skoki z czasu teraźniejszego do przeszłego dające poczucie ogólnego zamętu. Nie wspominając o błędach gramatycznych czy stylistycznych. Zazwyczaj czytam szybko i nie przywiązuję wagi do takich szczegółów, to pierwsza powieść gdzie aż zerknęłam na okładkę - czy była tu w ogóle jakaś korekta?
Nie przekonują mnie też postaci ani ich wybory. No, może poza postacią Janusza, która została ciekawie rozwinięta. Poza tym - banał, chaos. I te wiedźmy, odczyniania oraz drażniące mądrości życiowe wypowiedziane ustami niektórych bohaterów... Nie rozumiem sukcesu tej powieści. A może to był tylko sukces ekranizacji?

niedziela, 8 maja 2016

Scenariusz mordercy (10/52)

Ostatnio wpadłam na moment do miejscowej biblioteki, żeby oddać przeczytane książki. Wychodząc zgarnęłam kilka nowych, zgodnie z moim najczęstszym kryterium wyboru - to co akurat leży na stoliku pani bibliotekarki. 
Nie zaczęłam lektury od najbardziej ambitnej pozycji. Tytuł "Scenariusz mordercy" wskazuje, że znowu wybrałam intelektualne lenistwo, a jeśli dodać do tego, że książka jest w ramach serii NYPD RED - to wszystko jest jasne: dynamiczna opowieść o policjantach i złodziejach...


Jestem pewna, że ekranizacja bardzo by mi się podobała. Byłam wierną fanką serialu o pracy nowojorskiej policji "Nowojorscy gliniarze" (w oryginale "NYPD Blue") i moim zdaniem żaden z późniejszych seriali - bardziej modnych, bardziej rozreklamowanych, bardziej efektownych - nie dorównał tej produkcji.
Z przyjemnością więc przeniosłam się na kilka godzin na ulice NY, aby śledzić losy bohaterów z elitarnego wydziału policji nazywanego RED - z jednej strony, a z drugiej - mordercy realizującego szalony plan zabijania ludzi show-biznesu. Mimo lekkiego gatunku autorzy przygotowali zgrabną fabułę, a pomysł na scenariusz który morderca realizuje krok po kroku był naprawdę zaskakujący, podobnie zresztą jak sama postać.
Oczywiście, policjanci byli dzielni i poradzili sobie nawet w takich sytuacjach, które były dla nich nowym doświadczeniem, świat show-biznesu został uratowany, ordery wręczone, zdjęcia bohaterów opublikowane na pierwszych stronach gazet.

Pewnie nie będę sięgać po kolejne pozycje z tej serii, ale za to ten stary serial - oj, obejrzałabym jeszcze raz...

środa, 4 maja 2016

M jak merde! (9/52)


Merde! Tak mogłabym podsumować pierwszych kilkadziesiąt stron przegryzania się przez tę lekturę... Potem intryga wciągnęła mnie już na tyle, że dość szybko książkę doczytałam do samego końca. Gdzieś po drodze zaczęłam się zastanawiać, czy to co mnie w niej tak drażniło, nie było czasem zręczną grą autora, który po prostu dobrze się bawił pisząc swoją bodajże czwartą książkę z serii przygód Anglika mieszkającego we Francji.
Trochę czasu spędziłam we Francji, jeszcze więcej spędziłam pracując z przedstawicielami tego kraju, tak więc niektóre komentarze o francuskiej rzeczywistości, jak również zgryźliwy momentami język autora rzeczywiście mnie bawiły. Nużące były jednak nieustanne nawiązania do bogatego życia seksualnego narratora oraz Francuzów w ogóle. Nużące było czytanie opisów zachwytu nad urokami ciała spotykanych przez narratora pań, ale prawdziwie "wymiękłam" przy opisie wspaniałych pośladków komandosa, które podziwiał główny bohater śledząc owego żołnierza ... Drażniły mnie też dyskretne lub ostentacyjne nawiązania do motywów znanych z filmów o agencie 007. O ile "M" jako imię dziewczyny głównego bohatera jeszcze nie naprowadziło mnie na ten trop, o tyle późniejsza mocno naciągana pseudo-szpiegowska intryga, kolejna seksowna bohaterka wynurzająca się z wody niczym Ursula Anders już nie pozwoliły na żadne złudzenia co do inspiracji autora.
Czy odradzam? Kluczem jest chyba jednak to, czego czytelnik szuka w takiej lekturze. Jeśli naprawdę szybkiej i niewymagającej lektury - to nie wykluczam, że może być całkiem zadowolony po przeczytaniu "M jak merde!". 



niedziela, 24 kwietnia 2016

Długa droga w dół (8/52)

Powieść "Długa droga w dół" to jedno ze wskazań z biblioteki, w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki, na który regularnie udaje mi się nie uczęszczać, mimo noworocznych planów. Ironia losu - zawsze wypada "coś" ważnego, jak nagły wyjazd w delegację czy kolejna przeprowadzka. Cóż, delegacje miewam raz na pół roku, przeprowadzki znacznie rzadziej, a mimo to takim sporadycznym wydarzeniom udaje się kolidować z moimi planami...
Ale lektury dobierane w ramach DKK odnotowuję i czytam. Choć ta lektura jest dość powolna, daje mi jednak dużo satysfakcji - książki są ciekawe i pewnie sama nigdy bym na nie nie trafiła.

Kilka pierwszych stron "Długiej drogi w dół" uświadomiło mi, że oglądałam już ekranizację tej powieści. Choć film mnie specjalnie nie zachwycił, a odkrycie, że "to jest to" wywołało początkowo niechęć do lektury, powieść okazała się dość ciekawa, a już na pewno dobrze napisana. Warto docenić niebanalny temat oraz świetnie dobrane postaci tworzące grono głównych bohaterów. Opowieść zbudowana jest z ich przeplatających monologów, które pozwalają zobaczyć całość zdarzeń oczyma wszystkich postaci. Autor świetnie dobiera język i styl do każdej osoby, jego poczucie humoru i cięty dowcip to spore atuty tej powieści.

Bohaterami jest czworo kompletnie sobie obcych ludzi. Dawny celebryta świeżo po wyjściu z więzienia i upadku kariery, niespełniony muzyk pracujący jako dostawca pizzy, młoda zbuntowana dziewczyna oraz zmęczona życiem samotna matka niepełnosprawnego dziecka, spotykają się przypadkiem w noc sylwestrową, która odmieni ich życie. Każde z nich wdrapuje się na dach tego samego budynku, by swoje nieudane życie zakończyć skokiem w dół, ale niespodziewana obecność pozostałych na to nie pozwala. Bohaterowie postanawiają najpierw dać sobie trochę czasu i "dotrwać" do walentynek, po to by w ten dzień dokończyć samobójcze plany. Czas robi swoje, i ich wspólne przeżycia zmieniają rzeczywistość na tyle, że w walentynki postanawiają dać sobie jeszcze więcej czasu, zgodnie z odnalezioną przez jednego z nich teorią na temat samobójstw: 90 dni z reguły wystarcza, aby życie weszło w nowy cykl, sprawy nierozwiązywalne rozwiązały się lub by straciły swoje znaczenie. Towarzyszymy więc bohaterom w ciągu tych 90 dni, by zobaczyć, czy i na ile ich życie się zmieni, i czy wystarczy to, by znowu chcieli żyć.

Nie wiem czy prawdziwa ta teoria, ale postanowiłam ją sobie zapamiętać na jakieś potencjalne trudne czasy - po 3 miesiącach to czym się tak martwię już pewnie nie będzie to wszystko miało aż takiego znaczenia...

A książkę polecam. Sama też chętnie poczytam coś jeszcze autorstwa pana Hornby - jest dość znanym brytyjskim pisarzem, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, choć oglądałam dwie ekranizacje jego powieści. Drugą był film "Był sobie chłopiec" i niewykluczone, że ta powieść będzie jedną z moich kolejnych lektur.


Służąca (7/52)

Świetna recenzja, chwytliwy temat, debiut literacki - i tak mój regał wzbogacił się o jeszcze jedną książkę. 
Przeczytałam ale chyba nie podzielam zachwytu krytyków literackich. Oczywiście, wszystko jest kwestią odniesienia i jeśli porównamy "Służącą" do innych "bestsellerów", to jest to świetna powieść - nieźle napisana, dokładnie rozplanowana, wielowątkowa. Jeśli coś wywołało moją niechęć, to raczej fakt znużenia pewnym schematem znanym mi z innych amerykańskich lektur. Na przykład bohaterką, która pracuje w korporacji, a wobec pewnych jej absurdów ostatecznie rzuca ten sztuczny świat i zaczyna robić w życiu coś innego, do czego tak naprawdę jest stworzona. Ostatnią powieścią tego typu, która w miarę mi się podobała, była "Diabeł ubiera się u Prady". Pewnie dlatego, że była to jednocześnie moja pierwsza powieść tego rodzaju, dodatkowo czytana w momencie pracy w wielkiej firmie... Rzecz działa się lata temu, wyrosłam z fascynacji takimi wątkami, a schemat najwyraźniej wciąż ma się dobrze.

Pewnym wyjaśnieniem może być tu fakt, że autorka "Służącej" pani Tara Conklin, zanim zadebiutowała tą powieścią, pracowała w dużej nowojorskiej kancelarii adwokackiej. Wydaje się więc dość rozsądne, że akcję swojej pierwszej książki umieściła w środowisku dobrze sobie znanym - dzięki temu opisana rzeczywistość jest przekonująca. Bohaterką jest Lina, współczesna młoda prawniczka, która w ramach swojej pracy zawodowej w wielkiej kancelarii przygotowuje niezwykły pozew, do którego poszukuje  potomków niewolników. Trafia na historię Josephine, niewolnicy należącej do XIX-wiecznej malarki, przez część znawców podejrzewanej, że to ona jest prawdziwą autorką niektórych obrazów przypisywanych jej właścicielce.
Ciekawy i chwytliwy temat (zwłaszcza w Ameryce), dwie bohaterki, akcja przenosząca się ze współczesnej Ameryki do tej XIX-wiecznej, wewnętrzne konflikty, trudne sytuacje i tajemnice rodzinne, niezwykłe wyjaśnienia zagadek z przeszłości, etc. Bardzo wyraźnie widać pracę autorki nad wieloma szczegółami i pewnie to też zaowocowało świetnymi recenzjami i wynikami sprzedażowymi powieści. Przeczytać nie zaszkodzi.



Siostra (6/52)


Kolejna książka, po którą sięgnęłam tylko dzięki recenzji zapowiadającej naprawdę udany debiut pisarski. Przyznaję - jest udany!

Dodatkowo to całkiem dobry thriller. Napisany inaczej niż wszystkie przeczytane przeze mnie do tej pory. Narratorką jest siostra zaginionej - a jak się wkrótce okaże - zamordowanej młodej dziewczyny, Tess. Jej śmierć zostaje zakwalifikowana jako samobójstwo i tylko główna bohaterka, Beatrice, nie wierzy w tę wersję. Próbuje więc rozwikłać zagadkę ostatnich wydarzeń z życia Tess, odkrywając przy tym jak bardzo się z siostrą od siebie oddaliły i jak wiele o niej nie wiedziała. Mimo to Beatrice uparcie dąży do odkrycia sprawcy, podporządkowuje swoje życie temu jednemu celowi, tracąc przez to pracę, zaufanie swoich bliskich, wiarygodność. Mimo iż od początku czytelnik wie, że jednak popełniono morderstwo, to jednak obserwując zmagania Beatrice w odkrywaniu prawdy niejednokrotnie ma wrażenie, że jest bliska obłędu  i zaczyna powątpiewać w jej wersję wydarzeń. A może jednak było to samobójstwo, a całe szukanie mordercy to tylko zręczny zabieg autora, żeby zaskoczyć czytelnika rozwiązaniem zagadki?

I faktycznie, rozwiązanie jest nieoczywiste i ciekawe. Rzadko zdarza mi się, aby autor aż tak bardzo mnie zmylił. Oczywiście, post factum, jak już się zna rozwiązanie zagadki, przychodzą refleksje że przy uważnej lekturze te rzeczy mogły być przewidziane. Ale w trakcie lektury - przyznaję - szczegóły umknęły, dałam się zwieść pozorom, dzięki którym niespodzianka na końcu była tym większa.
Brawa dla autorki - debiutantki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...