Mam wrażenie, że Remigiusz Mróz to teraz bardzo modne nazwisko - tyle razy natchnęłam się na zachwyty jego powieściami wyrażane przez członków różnych grup czytelniczych na portalach społecznościowych, że aż poczułam iż coś ważnego w literaturze polskiej ostatnich czasów mi umknęło. Postanowiłam to natychmiast nadrobić i w filiach biblioteki dzielnicowej wyszukałam dostępne od ręki pozycje tego autora. Tylko dwie na naprawdę wiele egzemplarzy licznych tytułów... To też coś mówi.
"Zaginięcie" to moja pierwsza lektura. Dowiedziałam się, iż mimo że jest to kolejny tom cyklu opisującego przygody tych samych bohaterów, to jednak każda powieść stanowi na tyle zamkniętą całość, że można bez większej szkody czytać te książki w przypadkowej kolejności.
Bohaterami są Chyłka i Zordon - dwoje prawników usiłujących wybronić swoich klientów z bardzo trudnej sprawy. Są oni oskarżeni o zabójstwo swojej małej córeczki. Nie znaleziono ciała dziecka, ale wszystkie poszlaki wskazują na rodziców. Brak jest jakichkolwiek śladów udziału innych osób, a system zabezpieczeń ich domu, z którego w nocy zniknęła dziewczynka, praktycznie wyklucza możliwość wejścia do domu obcych ludzi. Oboje rodzice oczywiście utrzymują że są niewinni, a kolejne rozdziały pozwalają dwójce adwokatów odkrywać nowe aspekty tej zagadki.
Brzmi bardzo intrygująco, ale w praktyce lektura podobała mi się średnio. Nie polubiłam głównych bohaterów ale zazwyczaj cenię autorów tworzących antypatyczne postaci. Plusem powieści na pewno był pomysł autora na konkretne wydarzenia (teraz mini spoiler...), które odwróciły przebieg rozprawy i plany obrońców. Cała reszta jednak wydała mi się mocno nieciekawa i nieautentyczna. Fabuła, która początkowo trzymała w napięciu, stawała się coraz bardziej powolną i nużącą, tak jakby już brakowało autorowi siły na utrzymanie tempa akcji aż do końca. Sam moment w którym czytelnik poznaje wreszcie wszystkie szczegóły tego, co zdarzyło się feralnej nocy w domku nad jeziorem, jest napisany tak, jakby autor już od niechcenia dodawał ten niezbędny na końcu element. Najgorsze wrażenie robił jednak opis rozprawy, jakby za bardzo inspirowany rzeczywistością amerykańskich thrillerów prawniczych. Może się mylę, ale według mojej wiedzy w Polsce nie mamy rozpraw prowadzonych w takim tempie (mam na myśli daty kolejnych posiedzeń sądu), tak więc ramy czasowe w które autor zamknął swoją opowieść odebrały całości jakiekolwiek wrażenie autentyczności.
Podsumowując - jakby nieco przereklamowane...
2/52 (2017)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz