Bardzo chciałam przeczytać chociaż jeszcze jedną powieść autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego, ponieważ poprzednia wywołała we mnie ambiwalentne uczucia. Okazją stała się seria książek dołączanych do jednego z czasopism - kolejną pozycją, którą zakupiłam w ten sposób okazała się powieść "Uwikłanie".
Czy czytałam tę książkę z przyjemnością - zasadniczo tak. Znowu dopracowane szczegóły fabuły, wartka akcja, dobre, czasem zabawne dialogi. Do tego opis rzeczywistości, która budzi zainteresowanie - w końcu wszyscy żyjemy w kraju "grubej kreski", a konsekwencji tego doświadczamy na co dzień. Nawet jeśli fabuła jest fikcją literacką, ma tło wyjątkowo realne. Trochę rozczarowuje rozwiązanie zagadki kryminalnej - odpowiedź na pytanie "kto jest winny?", trudno mi też zrozumieć dylematy osobiste głównego bohatera z zakresu żona a kochanka - cóż, nie jestem facetem wchodzącym w tzw. kryzys wieku średniego.
Po lekturze jest dla mnie dość jasne, że pan Miłoszewski ma talent. Doceniam szczegóły opisanej historii wskazującej na dobry warsztat autora, ale jednak męczy mnie sączący się między wierszami "sosik", w jakim jest ona podana. Byle pretekst jest dobry do choćby drobnych uszczypliwości pod adresem ważnych dla mnie wartości/ludzi. Np. gdy pierwszych zdaniach powieści prokurator Szacki przejeżdża mostem przez Wisłę, czytelnik od razu dowiaduje się jak cenny był wkład Piskorskiego w rozwój Warszawy, mimo nieprawidłowości finansowych znacznie lepszy niż prezydentura "Kaczora", ksiądz pojawiający się w opowieści musi mieć "wygląd onanisty", a jedyny dziennikarz, na którego główny bohater może patrzeć bez obrzydzenia jest rzecz oczywista przedstawicielem Gazety Wyborczej. To ostatnie rozbawiło mnie tak, że mój śmiech prawdopodobnie słyszeli nawet sąsiedzi z parteru...
Po lekturze jest dla mnie dość jasne, że pan Miłoszewski ma talent. Doceniam szczegóły opisanej historii wskazującej na dobry warsztat autora, ale jednak męczy mnie sączący się między wierszami "sosik", w jakim jest ona podana. Byle pretekst jest dobry do choćby drobnych uszczypliwości pod adresem ważnych dla mnie wartości/ludzi. Np. gdy pierwszych zdaniach powieści prokurator Szacki przejeżdża mostem przez Wisłę, czytelnik od razu dowiaduje się jak cenny był wkład Piskorskiego w rozwój Warszawy, mimo nieprawidłowości finansowych znacznie lepszy niż prezydentura "Kaczora", ksiądz pojawiający się w opowieści musi mieć "wygląd onanisty", a jedyny dziennikarz, na którego główny bohater może patrzeć bez obrzydzenia jest rzecz oczywista przedstawicielem Gazety Wyborczej. To ostatnie rozbawiło mnie tak, że mój śmiech prawdopodobnie słyszeli nawet sąsiedzi z parteru...
Mimo niewątpliwych zdolności autora, raczej nie zostanie moim ulubieńcem. Bo lubię, gdy literatura skłania do myślenia, przeżywania, gdy owocuje refleksją wnoszącą coś sensownego w życie czytelnika. Lub, w przypadku literatury "mniejszego kalibru", gdy po prostu dobrze służy nieskomplikowanej rozrywce. Na to, co autor wplata w swoją historię nie mam ochoty, niezależnie od tego, czy są to rzeczywiste poglądy autora czy tylko drobne ukłony w stronę recenzentów i krytyków z mediów głównego nurtu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz