niedziela, 31 maja 2015

Folwark zwierzęcy czyli 8/52

Cóż. Nadszedł czas nadrabiania wstydliwych zaległości z tak zwanej klasyki. Jako pierwszy - George Orwell i jego "Folwark zwierzęcy". Wybór przypadkowy - ot, ktoś postanowił wyrzucić tę książkę na makulaturę, a ja postanowiłam ją odzyskać. Czyli taki jakby recykling ...

Książka niezwykła. Nie jest to powieść, którą się czyta z zapartym tchem, zarywając noc, żeby tylko poznać dalsze losy bohaterów. To raczej gorzka lektura. Pisana na początku lat 40 ubiegłego wieku jest alegoryczną opowieścią ukazującą zagrożenia związane z reżimem komunistycznym. Daje czytelnikowi trochę satysfakcji śledzenie tych nawiązań i odszyfrowywanie, kogo reprezentują poszczególne postaci, zwierzęce i ludzkie, przedstawione na kartach tej opowieści. Żeby nie powiedzieć za wiele, bo znacznie lepiej jest tę historię poznawać w wydaniu Orwella niż moim, tylko dwa słowa o fabule: jest to historia zwierząt z dworskiego folwarku, które postanawiają obalić dotychczasowy ustrój - czyli pozbyć się człowieka - i same zarządzać folwarkiem. Nowe porządki, nowe, lepsze zasady życia społecznego, wszystkie zwierzęta wspólnie pracują na swoje utrzymanie, wszystkie są równe, a potem ... życie pokazuje, że jednak niektóre są równiejsze. Znamy? Znamy. 
Pomysł autora genialny, lektura ciekawa, a wnioski - bardzo smutne. 

Jak choćby ten, że głupim społeczeństwem łatwiej się zarządza, a u nas - poziom edukacji coraz niższy, w kulturze ten sam trend. Nie mówię tu nawet o pewnych wątpliwych artystycznie dokonaniach zwanych ładnie performance'ami, ale na przykład o teatrze. Ostatnio słyszałam Krystynę Jandę opowiadającą, jak współcześni aktorzy muszą dostosowywać swoją grę do poziomu widowni, żeby nie było wybuchów śmiechu w chwilach, gdzie powinna być zaduma. Bo ludzie już nie rozumieją niektórych subtelniej przekazanych treści. A przecież - to już moje zdziwienie - do teatru raczej nie chodzą miłośnicy "celebrity splash", tylko tak zwana elita.

Dodatkowych wrażeń dostarczał mi czas czytania tej książki: tak się przypadkowo złożyło, że był to okres między pierwszą a drugą turą naszych wyborów. Z ust wielu polityków, z okładek dzienników i tygodników docierał do mnie krzyk o wielkim zagrożeniu dla naszej demokracji. Bo jeśli nie zagłosujemy jak trzeba, to wróci PiS!!! A ja w tym samym czasie śledziłam losy dzielnych folwarkowych zwierzaków, które za każdym razem, gdy miały poczucie, że nie na to się umawiały, że coś jest nie tak, że ktoś próbuje przeforsować swój własny interes, słyszały od tych "równiejszych" jedno przerażające pytanie: "chyba nie chcecie aby wrócił pan Jones?".

Czyli aż tak wiele się nie zmieniło od czasów Orwella?

poniedziałek, 18 maja 2015

Bóg nigdy nie mruga czyli 7/52

Książka autorstwa Reginy Brett ma podtytuł "50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu". 
Autorka to amerykańska dziennikarka, która zebrała swoje felietony w jedną książkę. We wstępie, dzięki któremu możemy lepiej zrozumieć tytuł zbioru i doświadczenia osobiste autorki będące podstawą do powstania felietonów, autorka pisze tak:

"Zawsze miałam wrażenie, że w chwili moich narodzin Bóg akurat mrugnął. Przegapił je
i nigdy się nie dowiedział, że przyszłam na świat".
W jednym z felietonów, które nazywane są tu "lekcjami", dzieląc się własnym doświadczeniem doprecyzowuje: "Wszystko może się zmienić zanim zdążysz mrugnąć. Ale nie martw się, Bóg nigdy nie mruga."
Z tej książki bije radość życia, na którą często pozwala sobie tylko ten, kto był bliski jego utraty. Autorka daje proste rady, zachęca do cieszenia się każdą chwilą, także w starości czy w trudnościach. Opisuje swoją historię oraz wspomina osoby, które zmieniły jej życie swoją postawą, dobrocią, miłością. Moje ulubione fragmenty to właśnie te krótkie historie o zwykłych i zarazem niezwykłych ludziach, które niosą ciepło i nadzieję. To także lekcje, w których Brett uczy jak oswoić starość i odkryć piękno tego czasu w życiu człowieka. I ten fragment dotyczący podejmowania decyzji, zwłaszcza tych wielkich i ważnych, gdy cel jest odległy, wzniosły i nie do zdobycia niczym górskie szczyty dla początkującego taternika. Autorka daje banalną radę: "Po prostu zrób następny właściwy krok". "Zwykle wiemy, jaki powinien być nasz następny krok, ale jest on tak błahy, że umyka nam z pola widzenia. Skupieni na dalekiej przyszłości, widzimy jedynie poważny i przerażający przełom zamiast prostego zadania. Dlatego czekamy. I czekamy. Czekamy, jakby plan na życie miał rozwinąć się u naszych stóp niczym czerwony dywan". A realizacja tego celu czyli działanie przypomina zwykle jazdę samochodem nocą: "Widzisz tylko fragment drogi, który oświetlają twoje światła, a mimo to dojeżdżasz w ten sposób do celu.".
To była ta lekcja, której ja potrzebowałam, jaka będzie Twoja?
Sprawdź koniecznie.

I jeden komentarz: autorka jest chrześcijanką i nie sposób tego nie zauważyć podczas lektury, ale w lekcjach, które zawiera w tej książce znajdą coś dla siebie także ludzie innych wyznań lub niewierzący. Oraz wierzący ale nieco bardziej radykalni niż autorka. Te lekcje są w jakiś sposób uniwersalne, pełne życiowej mądrości kobiety, która poprzez chorobę nowotworową miała szansę przyjrzeć się życiu i temu, co w nim jest najcenniejsze. Swoimi wnioskami postanowiła podzielić się z czytelnikami, a odzew jaki wywołały jej felietony, owocujący ostatecznie książką przetłumaczoną na wiele języków, pokazuje jak bardzo jesteśmy spragnieni takich prostych, podstawowych prawd o życiu i o nas samych. Jak wyznaje autorka: "Rak to wspaniała pobudka. Wyrwał mnie z letargu.". I jeszcze zapewnia: "Nie trzeba usłyszeć diagnozy <rak>, żeby zacząć żyć pełnią życia." (...)" Życie jest tak cenne."
 Szczerze polecam tę książkę. Nawet jeśli kilka lekcji pomniesz znudzony/a tematem lub pierwszymi zdaniami, na pewno znajdziesz przynajmniej jedną, o której pomyślisz, że została przygotowana specjalnie dla Ciebie. I pewnie tak właśnie było.

niedziela, 17 maja 2015

Trucicielka czyli 6/52

Ta książka zaowocowała we mnie zaskakującym choć banalnym pytaniem, na które długo nie mogłam sobie odpowiedzieć: czy kiedykolwiek wcześniej czytałam jakiś utwór tego autora? Wydawał mi się taki znajomy, ale nic konkretnego nie przychodziło mi na myśl. W końcu ustaliłam, że chyba, kiedyś, dawno temu, pod wpływem ładnej recenzji, kupiłam książkę Schmitta w prezencie dla przyjaciela. Potem odnalazłam na swojej własnej półce "Przypadek Adolfa H.", stojący tam pewnie jakieś 10 lat, nieprzeczytany - na usprawiedliwienie tego zaniechania mam fakt, że wydanie jest w wersji oryginalnej i najwyraźniej nie miałam na tyle motywacji, by się zabrać za czytanie po francusku. Może teraz to zrobię?

"Trucicielka" jest niewielkim zbiorem opowiadań, w sumie są to cztery historie. Moje wydanie tej książki jest wzbogacone o dziennik autora, zbierający zapiski towarzyszące powstawaniu opublikowanych w tym tomie opowiadań. Zaczynam od końca czyli od dziennika właśnie, ponieważ zawiera, oprócz kilku rozważań autora, także wyjaśnienie jak powstaje i czym jest tom opowiadań. Schmitt podkreśla, że każdy z jego zbiorów opowiadań nie jest zbiorem przypadkowo zebranych krótkich form, ale starannie zaplanowanym projektem, w którym intencjonalnie przedstawia razem kilka różnych opowieści, krótkich ale precyzyjnie skonstruowanych i kompletnych, aby całościowo komponowały się w tom o bardzo konkretnej wymowie. Dla mnie najbardziej ciekawe były notatki dotyczące samego procesu tworzenia, od momentu kiedy jakaś myśl nieśmiało świta w głowie autora, poprzez cały czas jej krystalizowania, obrastania innymi wątkami i historiami, i całą pasję pisania, w jaką autor w pewnym momencie wchodzi. Wspaniały obraz! Nieraz słyszałam o aktorach przygotowujących się do roli - tyjących, drastycznie chudnących, budujących masę mięśniową, wchodzących w kontakty z różnymi środowiskami czy subkulturami tylko po to, by wiarygodnie oddać głębię granej postaci. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak w opisywaną postać wciela się autor, ile go to kosztuje, jakich zabiegów używa. Krótkie uwagi Schmitta na ten temat to dla mnie perełki tego dziennika.
Same zaś opowiadania, w moim odbiorze, zbudowane są wokół motywu dobra i zła w kontekście wyborów jakich dokonujemy, i przemiany jaka dokonuje się w nas w ich następstwie. Najbardziej zapadły mi w pamięć i serce tytułowa "Trucicielka" oraz "Koncert Pamięci Anioła". Pierwsza historia przestawia losy niezwykłej starszej pani, żyjącej w niewielkim francuskim miasteczku, które rozsławiła swoją osobą, trzykrotnie bowiem została wdową, i choć nigdy jej tego nie udowodniono, była, a przez niektórych nadal jest, podejrzewana o zamordowanie swoich mężów. Pojawienie się w parafii nowego proboszcza, na punkcie którego Marie - główna bohaterka - zaczyna mieć pewną obsesję, sprawia, iż powraca ona do przeszłości wyznając młodemu księdzu szczegóły swojego życia. Drugie z opowiadań to historia o ambicji, zazdrości, zbrodni i przemianie, jakiej nieoczekiwanie doświadczają obaj bohaterowie, młody muzyk Chris dla którego życie ludzkie okazało się mniej ważne od własnego sukcesu i jego bardziej utalentowany muzycznie rywal Axel, który stał się ofiarą wyboru dokonanego przez Chrisa.
Dwie pozostałe historie podobały mi się nieco mniej, ale w każdym z opublikowanych w tym tomie opowiadań niezmiennie zachwyca pomysł, jaki autor miał na swoich bohaterów i ich losy, oraz fakt, że każda z tych historii niesie swoje przesłanie. To lubię :)

O matko, znowu kupiłam książkę!

Wczoraj doszłam do wniosku, że ten blog mógłby być zatytułowany takim właśnie zawołaniem.

Odkąd zaczęłam czytać w ramach "Projektu 52", w moim życiu zaszły pewne zmiany.

Pierwsza jest taka, że dużo częściej jeżdżę komunikacją miejską: w tramwaju można czytać, za kierownicą samochodu byłoby to trudne.

Niestety - i to jest ta druga zmiana - pieniądze teoretycznie zaoszczędzone na paliwie, zamiast mnożyć się na koncie, natychmiast materializują się w postaci nowych książek. Szał książkowych zakupów zaczyna mnie już martwić: stosik "do przeczytania" rośnie nieproporcjonalnie szybciej od tego zawierającego książki "przeczytane". Nawet idąc do marketu po zakupy spożywcze wracam z książką, czekając na poczcie wertuję wystawione tam powieści. Ba, gdyby się kończyło tylko na wertowaniu. Kończy się zakupami. Ostatnio upatrzyłam tam kolejny tom Alice Munro, wtedy nie miałam wystarczającej ilości gotówki przy sobie, ale wkrótce będę tam kolejny raz ... 

Czasem jednak nie sposób się oprzeć "okazji". Wczoraj pojechałam na zakupy do hipermarketu, typowe sobotnie zakupy, i odkryłam tam najnowszą książkę Wojciecha Sumlińskiego, tę samą o której mówi się, że jej dystrybucja jest blokowana teraz, w czasie kampanii wyborczej. Sprawdziłam z ciekawości: w księgarniach internetowych empik i matras ma status "niedostępny", strona merlin wygląda tak, jakby nigdy nie było jej w ofercie. Myślałam, że będę musiała biegać po księgarniach patriotycznych, żeby to zdobyć, a tu proszę, stoi sobie na półce w markecie, nawet pięknie wyeksponowana, w głównej alejce, na półce z bestsellerami. Tuż obok kolejnego tomu opisującego resortowe dzieci. I jak tu się nie skusić??

Pozostaje jednak problem, jak połączyć chęć posiadania tylu książek z potrzebą dopinania miesięcznego budżetu oraz z brakiem miejsca na ich przechowywanie. Mogłabym może zainwestować w jakiś nowy regał, ale jak to zrobić, skoro o rety, znowu wydałam pieniądze na książki...

sobota, 16 maja 2015

Uwikłanie czyli 5/52

Bardzo chciałam przeczytać chociaż jeszcze jedną powieść autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego, ponieważ poprzednia wywołała we mnie ambiwalentne uczucia. Okazją stała się seria książek dołączanych do jednego z czasopism - kolejną pozycją, którą zakupiłam w ten sposób okazała się powieść "Uwikłanie".
Czy czytałam tę książkę z przyjemnością - zasadniczo tak. Znowu dopracowane szczegóły fabuły, wartka akcja, dobre, czasem zabawne dialogi. Do tego opis rzeczywistości, która budzi zainteresowanie - w końcu wszyscy żyjemy w kraju "grubej kreski", a konsekwencji tego doświadczamy na co dzień. Nawet jeśli fabuła jest fikcją literacką, ma tło wyjątkowo realne. Trochę rozczarowuje rozwiązanie zagadki kryminalnej - odpowiedź na pytanie "kto jest winny?", trudno mi też zrozumieć dylematy osobiste głównego bohatera z zakresu żona a kochanka - cóż, nie jestem facetem wchodzącym w tzw. kryzys wieku średniego.
Po lekturze jest dla mnie dość jasne, że pan Miłoszewski ma talent. Doceniam szczegóły opisanej historii wskazującej na dobry warsztat autora, ale jednak męczy mnie sączący się między wierszami "sosik", w jakim jest ona podana. Byle pretekst jest dobry do choćby drobnych uszczypliwości pod adresem ważnych dla mnie wartości/ludzi. Np. gdy pierwszych zdaniach powieści prokurator Szacki przejeżdża mostem przez Wisłę, czytelnik od razu dowiaduje się jak cenny był wkład Piskorskiego w rozwój Warszawy, mimo nieprawidłowości finansowych znacznie lepszy niż prezydentura "Kaczora", ksiądz pojawiający się w opowieści musi mieć "wygląd onanisty", a jedyny dziennikarz, na którego główny bohater może patrzeć bez obrzydzenia jest rzecz oczywista przedstawicielem Gazety Wyborczej. To ostatnie rozbawiło mnie tak, że mój śmiech prawdopodobnie słyszeli nawet sąsiedzi z parteru...
Mimo niewątpliwych zdolności autora, raczej nie zostanie moim ulubieńcem. Bo lubię, gdy literatura skłania do myślenia, przeżywania, gdy owocuje refleksją wnoszącą coś sensownego w życie czytelnika. Lub, w przypadku literatury "mniejszego kalibru", gdy po prostu dobrze służy nieskomplikowanej rozrywce. Na to, co autor wplata w swoją historię nie mam ochoty, niezależnie od tego, czy są to rzeczywiste poglądy autora czy tylko drobne ukłony w stronę recenzentów i krytyków z mediów głównego nurtu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...