Po tę książkę Zygmunta Miłoszewskiego "Ziarno prawdy" sięgnęłam przypadkowo, ot dołączyli ją do
jakiegoś czasopisma. Nawet nie skojarzyłam tytułu powieści z plakatami
reklamującymi jej ekranizację, a film chyba niedawno miał premierę. Najprawdopodobniej nie jestem reprezentantem "grupy docelowej" czyli fanów kryminału.
Bohaterem jest prokurator po przejściach życiowych, który
zamienia stanowisko w Warszawie na pracę w mniejszym mieście, chcąc w ten
sposób znaleźć trochę spokoju. Na miejscu czeka go rzeczywiście spokojne
ale dość samotnicze życie, nie potrafi zżyć się z miejscową społecznością, wchodzi
w powierzchowne związki i nie ma zbyt dużo pracy. Ale w końcu i tutaj
trafia mu się porządne morderstwo, jak się wkrótce okaże – niejedno…
Na pewno robi wrażenie dopracowana w szczegółach fabuła, przemyślany
zwrot akcji będący zaskoczeniem dla czytelnika - w każdym razie dla tak niedoświadczonego czytelnika kryminałów jakim ja jestem - a opisy miasta sprawiają, że aż się chce znowu
odwiedzić Sandomierz. I nie dziwi fakt, że ktoś przeniósł tę opowieść na ekrany kinowe, fabuła daje dobre możliwości na stworzenie dynamicznego i zaskakującego zwrotami akcji filmu. Ale jednak to chyba nie jest mój ulubiony gatunek. Po przeczytaniu powróciło też wrażenie, że czasem aby odnieść sukces, czy to literacki, czy filmowy,
wystarczy u nas umiejętnie wpleść w tło wątek żydowski. Przeszkadzały też zaowalowane
poglądy autora – akurat pod adresem tego co dla mnie jest ważne komentarze
włożone w usta bohaterów były bardziej zgryźliwe czy choćby częstsze. Może to
tylko zabieg gwarantujący większą liczbę czytelników czy przychylniejsze
recenzje w mediach głównego nurtu - w końcu autor jest laureatem paszportów
Polityki? Mnie to razi, ale chyba właśnie dlatego przeczytam przynajmniej
jeszcze jedną książkę tego autora – żeby sobie potwierdzić lub nie potwierdzić
te pierwsze jednak negatywne wrażenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz