niedziela, 7 lutego 2016

Ogród Leoty (3/52)


"Ogródy Leoty" jest trzecią książką amerykańskiej autorki Francine Rivers, jaką do tej pory przeczytałam. Choć przyznaję, że przez dłuższy moment chciałam ją oddać do biblioteki, bo wydawało mi się, że dalej już nie przebrnę...

Opłaciło się przeczekać te chwile zwątpienia, bo to książka z tych mądrych i dobrych, i siejących dobro. Powieść o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o tym jak często jesteśmy poranieni i jak ból nie pozwala nam zobaczyć sytuacji z perspektywy tej drugiej osoby. To też powieść o dojrzewaniu, mądrości i cierpliwości, o przebaczeniu i o dorastaniu do przebaczenia. A przede wszystkim, jest to powieść o miłości Boga do człowieka i relacji człowieka z Bogiem. I jeszcze kilka innych wątków, bardzo współczesnych, czasem dość kontrowersyjnych jak na przykład aborcja czy eutanazja, które autorka zgrabnie wplata w tło historii pokazując czytelnikowi więcej niż jeden możliwy punkt widzenia, a wszystko to bez odrobiny nadętego dydaktyzmu. 
Już dwie poprzednie książki pani Rivers ceniłam właśnie na to samo - za mądre i dobre przesłanie. To, co sprawiało mi trudność w czasie ostatniej lektury, to styl czy raczej sposób, w jaki autorka zdecydowała się pokazywać duchowe rozterki swoich bohaterów i ich wewnętrzne dialogi ze Stwórcą. Wytrącały mnie z rytmu lektury te wstawki, wpisane kursywą, i marzyłam o tym, by je wpiąć w fabułę, może nie ukazywać tak dosłownie, ale po prostu wpleść w opowieść tak, aby stanowiły jedną zwartą część. Nie pamiętam, jak napisane były poprzednie powieści, czy też z użyciem takiego zabiegu - ale czytałam je wiele lat temu, będąc jeszcze na fali neofickiego entuzjazmu, więc może też inaczej to wszystko do mnie trafiało.
Mimo wszystko bardzo się cieszę, że przemogłam swoją niechęć do stylu autorki i doczytałam tę powieść do końca. Warto było. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...