Nie spodziewałam się, że nowy czytelniczy rok rozpocznę od przeczytania kolejnego thrillera i że znowu będzie to powieść Johna Grishama. Zwłaszcza po tych wszystkich słowach, które tu napisałam o rozczarowaniu książkami z tego nurtu oraz o pragnieniu czytania dobrej (czyt. lepszej) literatury.
No i czytam taką właśnie dobrą książkę, ale ponieważ nie da się jej czytać od deski do deski, to symultanicznie czytam sobie jeszcze kilka innych - w końcu tuż przed Nowym Rokiem przywlokłam z biblioteki cały stosik.
Ponieważ Grishama znałam do tej pory głównie z filmowych adaptacji (takich jak "Czas zabijania" czy "Raport Pelikana"), szukałam na bibliotecznych półkach jakiejś powieści, której ekranizację już oglądałam. Z ciekawości sprawdzenia, czy to co mi się tak podobało było zasługą autora powieści, czy też to jednak filmowcy na bazie przeciętnego materiału zrobili majstersztyk. Niestety, znanych mi tytułów nie było, więc wzięłam to, co było - czyli "Młodego prawnika", który okazał się lekturą dla nastolatków oraz właśnie "Zeznanie".
Powieść napisana jest - jak na thriller - dość przewrotnie. Od początku wiadomo kto zabił i od początku wiadomo, że w celi śmierci czeka na wykonanie wyroku niewinny człowiek. Młody chłopak, którego plany życiowe pokrzyżował nieudolny system: policjant wymuszający zeznanie, prokurator bazujący na fałszywych świadkach, sędzia przychylna prokuratorowi, który okazuje się być jej kochankiem. Jeśli dodać do tego fakt, że akcja dzieje się na amerykańskim południu, uwięziony chłopak jest czarny, ofiara była młodą białą dziewczyną, zaś ława przysięgłych składa się wyłącznie z białych, zyskujemy dodatkowy klimat niesprawiedliwości i napięć na tle rasowym. Kilka dni przed wykonaniem wyroku ujawnia się prawdziwy morderca, perspektywa bliskiej śmierci na raka sprawia, że chce on publicznie się przyznać i w ten sposób ocalić niewinnie skazanego. Powieść jest więc zapisem walki z czasem oraz skomplikowanym systemem wymiaru sprawiedliwości, reprezentowanym przez ludzi, których doraźne interesy własne niekoniecznie skłaniają do chętnego przyznania się do błędu, popełnionego zresztą na wielu etapach apelacyjnych.
Po przeczytaniu takiej powieści jestem w stanie zrozumieć, dlaczego autor sprzedaje miliony egzemplarzy. Powiedzieć, że to zręcznie napisany thriller, to trochę za mało. Dynamiczna akcja, wyraziste postaci, napięcie i zaskakujące zwroty niemal aż do ostatniej strony - świetne, naprawdę od bardzo dawna nie zdarzyło mi się zarwać nocy tylko po, by doczytać książkę. Oczywiście, jako czytelnik z innej rzeczywistości geograficznej, politycznej, społecznej jakim jestem, miałam kilka sytuacji kompletnego zdziwienia - można się naprawdę pogubić w jurysdykcjach stanowych i federalnych, można nie rozumieć różnic między taką ilością kościołów protestanckich, jakich członkami są poszczególni bohaterowie oraz różnic między tymi wyznaniami. Z perspektywy nauczania kościoła rzymsko-katolickiego, który jest mi bliski, pewne sformułowania w ustach pastora wywołały zdumienie. Można się po zakończonej lekturze zastanawiać nad rzeczywistymi motywami ujawniającego się po latach mordercy i wiarygodnością tego w kontekście całej, znanej już fabuły. Ale nawet mnie, momentami sceptyczną czytelniczkę, pochłonął klimat teskańskiego miasteczka, historii niesprawiedliwości i walki o oczyszczenie dobrego imienia skazanego chłopaka. Fajna powieść.

Cóż, wydaje mi się, że to nie powieść dla mnie. Jakoś szczególnie mnie nie zainspirowała ta książka.. Może kiedyś poczytam jeszcze co nieco o niej i może wtedy mi się uda. ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/
:) Również pozdrawiam
OdpowiedzUsuń