
Będąc właścicielką domu tymczasowego, wspierającą dorywczo wolontariuszy pewnej pro-zwierzęcej fundacji, nie mogłam nie sięgnąć po książkę "Biuro kotów znalezionych" autorstwa pani Kingi Izdebskiej.
Autorka, pracująca jako wolontariuszka fundacji zajmującej się bezdomnymi kotami, koncentrującej działania głównie na sterylizacjach dzikich kotów miejskich, opisuje w swojej debiutanckiej książce własne doświadczenia. Relacja z pierwszej ręki, trochę edukacji - to na pewno zalety tej książki, zwłaszcza dla czytelników nie mających pojęcia czym się różni kot tymczasowy od rezydenta albo kogo nazywamy karmicielem. Ta lektura może przybliżyć im pewien aspekt rzeczywistości, która ich otacza, a której jednak nie dostrzegają na co dzień.
Co mi się podobało w tej lekturze? Zabawny tytuł i pomysł na tytuły rozdziałów, tempo opowieści, no i oczywiście tematyka książki. Oraz ogólne poczucie humoru autorki - przywłaszczyłam już sobie kilka wyrażeń, jak choćby "pierwszy stopień zakocenia".
Czy poleciłabym tę lekturę? Tak. Choć w moim odczuciu jest to książka trochę nierówna: czasem po prostu wartko
tocząca się, niewyszukana opowieść, tu i ówdzie przebłysk talentu przejawiający się pięknym zdaniem czy niebanalnym opisem, ale zaraz obok może pojawić się niepotrzebna dłużyzna czy rozwinięty a niewiele wnoszący wątek. Ktoś kiedyś powiedział mi, że pierwsza książka z reguły nosi znamiona grafomanii. Nie podsumowałabym w taki sposób "Biura kotów znalezionych", ale mam wrażenie, że kolejną książkę autorka mogłaby napisać lepiej. I szczerze jej kibicuję, bo uważam, że już dokonała czegoś niezwykłego: pracować na pełen etat, angażować się w wolontariat i przy tym wszystkim
napisać powieść - chapeau bas!