
Trixie to imię głównej bohaterki, o której zapowiedź okładkowa zapewnia, że to "nowe wcielenie Bridget Jones". Spodziewając się przepełnionej humorem lekkostrawnej lektury rozczarowałam się bardzo. Jedyne co może łączyć Trixie z Bridget, poza językiem ojczystym, to pewne ograniczenie intelektualne bohaterki i jej nieudolność w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Z tym, że głupiutką Bridget dało się lubić i czytelnik (a już zwłaszcza czytelniczka) bardzo jej kibicował, a głupota Trixie jest po prostu irytująca. Nie znam co prawda świata londyńskiej finansjery, ale opisy perypetii zawodowych Trixie, widziane z perspektywy osoby pracującej w biznesie, są trudne do potraktowania serio. A kiedy czytelnik ma poczucie, że fabuła kiepska, że to co miało być zaskakującym i zabawnym zwrotem akcji budzi uśmiech niedowierzania, to aż się czytać nie chce...
Skoro jednak moje statystyki czytelnicze coraz słabsze, doczytałam do końca, uff. Nie polecam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz