środa, 4 maja 2016

M jak merde! (9/52)


Merde! Tak mogłabym podsumować pierwszych kilkadziesiąt stron przegryzania się przez tę lekturę... Potem intryga wciągnęła mnie już na tyle, że dość szybko książkę doczytałam do samego końca. Gdzieś po drodze zaczęłam się zastanawiać, czy to co mnie w niej tak drażniło, nie było czasem zręczną grą autora, który po prostu dobrze się bawił pisząc swoją bodajże czwartą książkę z serii przygód Anglika mieszkającego we Francji.
Trochę czasu spędziłam we Francji, jeszcze więcej spędziłam pracując z przedstawicielami tego kraju, tak więc niektóre komentarze o francuskiej rzeczywistości, jak również zgryźliwy momentami język autora rzeczywiście mnie bawiły. Nużące były jednak nieustanne nawiązania do bogatego życia seksualnego narratora oraz Francuzów w ogóle. Nużące było czytanie opisów zachwytu nad urokami ciała spotykanych przez narratora pań, ale prawdziwie "wymiękłam" przy opisie wspaniałych pośladków komandosa, które podziwiał główny bohater śledząc owego żołnierza ... Drażniły mnie też dyskretne lub ostentacyjne nawiązania do motywów znanych z filmów o agencie 007. O ile "M" jako imię dziewczyny głównego bohatera jeszcze nie naprowadziło mnie na ten trop, o tyle późniejsza mocno naciągana pseudo-szpiegowska intryga, kolejna seksowna bohaterka wynurzająca się z wody niczym Ursula Anders już nie pozwoliły na żadne złudzenia co do inspiracji autora.
Czy odradzam? Kluczem jest chyba jednak to, czego czytelnik szuka w takiej lekturze. Jeśli naprawdę szybkiej i niewymagającej lektury - to nie wykluczam, że może być całkiem zadowolony po przeczytaniu "M jak merde!". 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...